Alice siedziała w księgarni. Zachodzące słońce, które było dobrze widoczne przez okno, przypominało jej, że jest około godziny osiemnastej i, że jeszcze trzy godziny do zakończenia pracy. Czas się dłużył i dłużył, a klientów nie przybywało. Dziewczyna sięgnęła więc po książkę, którą zdecydowała się zabrać do domu (był to jeden z przywilejów pracowania w tej księgarni).
Przewracała stronę za stroną. Drzwi nadal się nie otwierały, ale Alice jakoś bardzo się tym nie przyjmowała. I tak dostanie wypłatę.
Zarobki z księgarni nie były na tyle wystarczające, aby utrzymać dwie osoby oraz zwierze, dlatego pracowała jeszcze jako recepcjonistka w spa, ale to tylko w weekendy.
Alice cierpiała na depresję. Poza wychodzeniem do pracy, cały czas siedziała w domu. Nie pracowała tylko w poniedziałki i czwartki. W te dni zazwyczaj oglądała jakieś stare seriale, głównie o policjantach, zabójstwach i takich rzeczach, siedziała pod kocem, i jadła lody czekoladowo-waniliowe z syropem malinowym.
Kiedy Alice pogrążała się w lekturze, nie zwracała na nic uwagi. Zmieniło się to, gdy drzwi lekko otworzyły się, przy czym cicho zaskrzypiały. Dziewczyna szybko odłożyła książę (a raczej lekko rzuciła ją na biurko) i wstała, opierając się o krzesło. Nikogo tam nie było.
- Bardzo śmieszny żart... - mruknęła pod nosem i wróciła do poprzedniej czynności.
Była na sto trzydziestej pierwszej stronie. Historia opowiadała o policjantce w Kaliforni, która nie wierzyła w prawdziwą miłość. Tępiła ją na wszelkie sposoby, aż spotkała przystojnego i inteligentnego lekarza, o rok starszego od niej. Historia co prawda nie kończyła się happy endem. W między czasie, policjantka pracowała razem z dytektywami nad serią zabójst. Pod koniec książki sprawca zabił lekarza.
Alice uważała, że takie książki są najlepsze. Trochę romansu, trochę o zabójstwach (czasem czytała też horrory, ale to nie zbyt często).
Na dworze było już zupełnie ciemno. Nie ma co się dziwić, zima.
W pewnej chwili dziewczyna usłyszała tajemnicze odgłosy. Po kilku sekundach światła zostały wyłączone i zapadła ciemność. Wiedziała, że ktoś się tym zajmie. Nie wiedziała tylko kiedy.
Czekała minutę, drugą, piątą, dziesiątą i tak dalej, i tak dalej. Sytuacja z każdą sekundą była coraz bardziej straszna.
Alice układała już najgorsze scenariusze: ktoś przyjdzie i ją zabije albo przybiegną, i będą żądać okupu, albo porwą ją, i ktoś będzie musiał ją uratować, itd.
Światło się włączyło. Do pokoju weszła szefowa.
- Zbieraj się, dzisiaj wychodzisz wcześniej - orzekła. W jej głosie było słychać lekki strach i załamanie.
- Co się dzieje? - spytała z zaciekawieniem, wiedząc, że i tak nie dostanie żadnych informacji.
- Nie twoja sprawa - powiedziała stanowczo. - No już, zmykaj.
Alice wzięła swoją torebkę i wyszła z księgarni. Bardzo lubiła te dzwoneczki, które wydawały miły dla ucha dźwięk, gdy poruszyło się drzwiami.
Idąc po śniegu, oglądała okna, z których paliło się światło. Wyobraziła sobie te rodziny i mieszkania, z których zapewne tętni życiem. Urocze.
Jej dom znajdował się kilkanaście minut od księgarni. Od zawsze uważała, że fajnie jest sobie pochodzić czy pobiegać i zrzucić trochę zbędnych kalorii.
Szła w brązowo-szarej kurtce, czarnych botkach, szaro-białych rękawiczkach i białej czapce z niewielkim pomponem. Do tego czerwone policzki doskonale komponowały się z jej dużymi, niebieskimi oczami, małym nosem i pięknymi, kształtnymi ustami.
***
Witajcie!
Pierwszy rozdział Nawiedzonej... wow! :D
Ogólnie to chciałam podziękować "Patce" (xD) i Marysi za obserwowanie moich wypocin xD
Starałam się, aby rozdział był długi, ale dzisiaj brak weny :c
Dobra, bayo xD
Na nagłówku Lily Collins | Tekstury: So-ghislaine | Szablon i nagłówek: Avia Tinar | Technologia blogger.